Wypijmy za błędy na górze

W ramach rachunku sumienia, czynionego zwykle w momentach zwrotnych, przyznajemy się jako przedstawiciele organizacji pozarządowych do wielu zaniedbań i zaniechań. Czy to żal za grzechy z postanowieniem poprawy? Z kolei ludziom ze świata polityki, którym organizacje niezależne tak bardzo przeszkadzały, przypisujemy winę za to, że chcieli je widzieć na swoje podobieństwo. Po ćwierćwieczu zabiegów podejmowanych osobno dziś doświadczamy wspólnie zafundowanego nam w formie gotowca ‚społeczeństwa obywatelskiego po polsku’, z instrukcją obsługi w pakiecie. W tej kwestii możemy jeszcze tylko, parafrazując słowa piosenki, ‚liczyć na błędy, na błędy na górze’…

Od współpracy do podziałów

Ludzie z pokolenia lat 80., tworzący dziś organizacje społeczne i partie polityczne, mają często wspólne korzenie wywrotowej działalności na rzecz zmiany antydemokratycznego systemu. Kierowani tą samą chęcią czynnego oddziaływania na nieciekawą rzeczywistość, wspólnie łamali w tamtych czasach zakaz zgromadzeń. Zniesienie tego zakazu uznać należałoby za fundamentalne osiągnięcie ich dawnej współpracy, czego żadnej władzy nie pozwoliliby odebrać.
Występując razem pod hasłami wolności przekonań, swobody działalności gospodarczej i społecznej, nie mówili wówczas o społeczeństwie obywatelskim, ale w końcu jakie miałoby być społeczeństwo stworzone przez obywateli.
Przez pierwsze lata transformacji systemowej na polskiej scenie politycznej powstawały partie, które przekształcały się w kolejne formacje niczym w serialu komiksowym z udziałem transformersów. Towarzyszył temu inny żywioł, mrówczej pracy budowania oddolnych struktur polskich NGO-sów.
W tym czasie wśród kolegów z dawnych struktur podziemnych nastąpił wyraźny podział na tych, którzy na kształt życia społecznego zamierzali oddziaływać odgórnie, wybierając ścieżkę partyjną, oraz tych, którzy postanowili czynić to oddolnie, powołując pierwsze polskie organizacje. Dwa światy działalności społecznej i uprawiania polityki oddalały ich od siebie oraz skłaniały do traktowania z wzajemną wyższością. Politycy mają działaczy społecznych za pożytecznych idiotów, działacze oceniają polityków jako cynicznych, bezideowych karierowiczów.
W tym czasie okazało się, że trudniej osiągnąć społeczeństwo obywatelskie niż po prostu wprowadzić parę zapisów konstytucyjnych czy rozwiązań prawnych ułatwiających funkcjonowanie III sektora. Społeczeństwo nie stawało siębardziej obywatelskie wprost proporcjonalnie do rosnącej liczby polskich NGO-sów, sięgającej dziś 100 tysięcy. Można różnie oceniać żywiołowy ruch demokratycznie zarządzanych ministruktur organizacyjnych tworzących polski trzeci sektor oraz ich oddziaływanie na demokratyzację życia w Polsce. Organizacje pozarządowe postrzega się głównie jako dostarczyciela usług społecznych, rzecznika praw i interesów grup społecznych, pośrednika w relacjach z administracją w sprawach konfliktowych. W zakresie wpływania na poziom zaufania i kapitału społecznego rolę tę uznać należy za daleko niewystarczającą.
Wysiłkom organizacji pozarządowych brakowało wsparcia ze strony niezainteresowanych tą sferą polityków. Ten brak zainteresowania i brak wsparcia bywa określany jako zdrada elit. Dla świata polityki problematyczną sprawą pozostaje pełnienie przez organizacje funkcji, które w krajach o ustabilizowanej demokracji uznawane są za oczywiste, jak kontrola władzy na różnych szczeblach, włączanie się w proces przygotowywania i konsultowania decyzji politycznych, a przy tym obrona pryncypiów, o których politycy woleliby zapomnieć. W sytuacjach kolizyjnych na linii władza – NGO następuje reakcja potwierdzająca działanie w tej sferze trzeciej zasady dynamiki w zmodyfikowanej nieco formie: reakcja o zwrocie przeciwnym do akcji, lecz o sile zwielokrotnionej.

Grać jak ‚partner’ pozwala

Aby przebić się ze sprawą, którą sektor reprezentuje, trzeba przyjąć zasady obowiązujące w świecie polityki. Tymczasem dla działaczy społecznych wpisanie się w logikę działań partyjnych i kalendarz wyborczy to wielka sztuka. Idea oddolnego rozwiązywania problemów z udziałem organizacji pozarządowych ciągle nie jest politykom na rękę. Rozpowszechnienie się takiej praktyki mogłoby pozbawić ich możliwości gromadzenia kapitału politycznego poprzez zajmowanie się problemami w sposób spektakularny, w świetle kamer. Sprawujący władzę będą celować w odpowiedni moment wyborczy, opozycjoniści podważą zarówno moment, jak i sposób, przekonując, że mają na to lepszy patent. Od praktyków z organizacji mogliby usłyszeć, że wszystkie te patenty zdradzają oderwanie od rzeczywistości.
Polska norma jest raczej anormalna, zważywszy że prowadzenie przez działającą lokalnie organizację normalnej działalności urasta do rangi sukcesu. Zależy to zawsze od dysponenta środków publicznych czyli administracji. Przeciętne organizacje nie znają pojęcia stabilności finansowej, co częściowo tylko wynika z kadencyjności władzy samorządowej. Administracja zobowiązana do współpracy z organizacjami zostawia sobie wybór, nie jest jej obojętne, z kim tę współpracę podejmą. W upolitycznionym świecie, gdzie polityczne jest wszystko, a najbardziej pieniądze, administracja wspiera chętnie organizacje stanowiące niejako jej przedłużenie, w żadnym natomiast wypadku nie udzieli wsparcia organizacji, która na wsparcie nie zasłuży, np. okazując jawną niewdzięczność poprzez kontestowanie działań samorządu. Co bardzo smutne, świat polityki deprawuje organizacje, stawiając je czasem przed trudnymi wyborami – czy zapewnić podopiecznym godziwe wsparcie, czy zająć się bezskutecznym udowadnianiem swoich racji. Dla organizacji to wybór z gatunku „mieć czy być”.
Uprzywilejowana wąska część sektora, która takich dylematów nie ma, funkcjonuje w czymś na kształt „szarej strefy” zależności między I a III sektorem. Szaro-strefowe eminencje sprawnie poruszają się dzięki znajomości lokalnych powiązań personalnych, dużo bardziej skomplikowanych od układów partyjnych, w których niewtajemniczeni całkowicie grzęzną. Mistrzowie tego gatunku, wczoraj pieszczochy układu władzy, występują dziś w roli ambasadorów „dobrej zmiany”, powołują się na szerszy interes społeczny, podczas gdy interes rzeczywisty jest znacznie bardziej konkretny. Sektor nie wypracował mechanizmów naprawczych, stosowanie zasad etycznych przyjętych przez środowisko jest dobrowolne. Przed publicznie czynionymi rozliczeniami tych, którzy działają z naruszeniem zasad, powstrzymuje nas zazwyczaj obawa przed postawieniem na szali dobrego imienia organizacji społecznych jako takich, także tych niedocenianych, które w 90% robią swoje za darmo lub półdarmo, a ze strony administracji, którą często wyręczają, grozi im działanie „III zasady dynamiki”…
Czyż współpraca organizacji z samorządem nie podlega regulacjom? Są zapisane zasady, pomocniczość nawet w Konstytucji, w praktyce jednak „jakoby ich nie było”. Znaczenie zasady pomocniczości przyswoiła może połowa samorządowców, którzy zresztą nie stosują jej tak samo jak ta druga połowa. Jest i kolejna zasada – partnerstwa, łatwiejsza do zrozumienia, znana w związku z tym, że obowiązuje przy wykorzystywaniu funduszy UE, dająca partnerom społecznym możliwość powoływania się na nią. Czyniły to przez ostatnie lata lokalnie działające NGO-sy, upatrując w partnerstwach terytorialnych szansy na finansowanie swoich działań społecznych. Jednak również ta zasada nie działa. Tam, gdzie samorządy stosowały sprawdzone kryteria wyboru, niewielu organizacjom spoza szarej strefy udało się przez nie przebić. Ponownie okazało się, że partnerstwo, w którym jedna strona posiada wszelkie atuty władzy, których druga strona jest całkowicie pozbawiona, to jednak nie partnerstwo, tylko zależność.
Pisał o tym Piotr Frączak: niemożliwa jest współpraca międzysektorowa, gdy brak współpracy wewnątrzsektorowej. Tej ostatniej rzeczywiście zabrakło, a organizacje z „szarej strefy” bywają dla administracji użyteczne, gdy trzeba coś załatwić czy jak w przypadku partnerstw terytorialnych, przejąć inicjatywę. Wewnątrzsektorowa współpraca spowodować powinna stworzenie struktur niezależnych organizacji, które w pozytywny sposób wpłyną na stosunki społeczne i integrację środowiska poprzez uwspólnianie stanowisk w istotnych sprawach społecznych. Jeśli wybrana i funkcjonująca reprezentacja okaże się strukturą fasadową, należy zadbać o powołanie kolejnej, która lepiej będzie reprezentować interesy sektora, a poprzez solidarne działanie stanowić będzie wsparcie dla poszczególnych organizacji.

Nowa narracja

Zasada partnerstwa, z oczywistym udziałem organizacji społecznych, jak wynika z żarliwej narracji polityków, ma zastosowanie w słowach, a nawet myślach, szkoda że nie w uczynkach. Wśród klasy politycznej nikt nie negował doniosłej roli społecznej organizacji pozarządowych, czego podważanie mogłoby zostać uznane za politycznie niepoprawne. Slogany i pozbawione treści deklaracje ze świata polityki o wsparciu dla organizacji i społeczeństwa obywatelskiego zazwyczaj nie robiły na sektorze wrażenia. O większe wrażenie zadbała niewątpliwie partia obecnie rządząca, zapowiadając w ostatnim czasie reformę wprowadzającą system centralnego sterowania zdecentralizowanym ze swej natury sektorem obywatelskim. W związku z ujawnieniem w narodowych mediach nagannych przykładów błędów i wypaczeń należałoby go może nazwać „sektorem szczególnej troski”, a światłe przywództwo uznać za niezbędne i konieczne. Na ten trudny odcinek skierowani zostali w związku z tym sprawdzeni partyjni funkcjonariusze. Nawet tak tęgie głowy nie wierzą chyba jednak w możliwość kontrolowania i oddziaływania ideologicznego na działalność niezależnych organizacji pozarządowych. Jedno natomiast może się udać – ograniczanie działalności organizacji poprzez odcięcie ich od źródeł finansowania. Gra w dawanie i odbieranie to stara, od dawna praktykowana przez administrację metoda. Zazwyczaj skutkuje.
Dla zachowania pozorów przeprowadzono proces nazwany „konsultacjami”, który stanowić może twórczy wkład w rozwój tego pojęcia w ogóle. Przedmiot i zakres wprowadzanych zmian zastąpiony został zasadniczym pytaniem zadanym uczestnikom procesu: „Czy nie macie dosyć niesprawiedliwego systemu, który ogranicza większości organizacji dostęp do środków na prowadzoną przez nie działalność?” – zapytali ideolodzy dobrej zmiany. Paradoks logiczny tak zadanego pytania sprawia, że zarówno odpowiedź twierdząca, jak i przecząca, gdyby ktoś przypadkiem takiej chciał udzielić, poprzez podwójne zaprzeczenie stanowi odpowiedz również twierdzącą. Pozwoliło to osiągnąć pełne potwierdzenie dla konieczności reform w trzecim sektorze. Wprowadzenie ich pod szyldem Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego pozwala z góry zakwalifikować jego przeciwników nie tylko jako wrogów tegoż społeczeństwa, ale co gorsza, społeczeństwa w jego narodowym, w pełni polskim wydaniu. Zainteresowanym pozostaje czekać, aż zostanie im ogłoszone, co oznacza „społeczeństwo obywatelskie po polsku”.

Mamy więc trzeci sektor, który nie jest wolny od politycznych wpływów, i aspołeczną w wielu działaniach klasę polityczną. Kto ma budować społeczeństwo obywatelskie? W ramach rachunku, sumienia czynionego zwykle w momentach zwrotnych, jako przedstawiciele organizacji pozarządowych przyznajemy się do winy, do wielu zaniedbań i zaniechań. Pytaniem pozostaje czy to żal za grzechy z postanowieniem poprawy? Przewidzieć trzeba będzie konieczność odbudowy po działaniach, które zapowiadają się na kiepską prowizorkę stawianą w pośpiechu, aby zrealizować konkretny plan. Tymczasem prawdziwe budowanie społeczeństwa obywatelskiego, jako czynu zbiorowego, powinno uwzględniać rolę tych, którzy do tej pory upominali się o zasady. Zasady te powinny być traktowane niczym fundamenty budowy. Na placu budowy pozostaną wciąż organizacje pozarządowe, nawet jeśli bardzo osłabione, to ich siłą powinny być organizacje niezależne. To te, które upominały się wciąż o pryncypia i te, które klasie politycznej miały wiele do zarzucenia. To organizacje, które od lat ponoszą konsekwencje swych działań, są więc również zahartowane w bojach. Takimi cechami powinni charakteryzować się sektorowi reprezentanci we wszystkich ciałach dialogu. Klasa polityczna, której niezależne organizacje do tej pory przeszkadzały, powinna w końcu uznać proponowane przez nie zasady, zamiast narzucać swoje – ze świata polityki. Być może realizacja tych propozycji to szansa w sytuacji, gdy panująca prowizorka grozi zawaleniem.

Wśród wielu form demokracji wraca forma demokracji ulicznej, która niegdyś łączyła podzielone obecnie środowiska. Forma ta daje możliwość bezpośredniej wymiany poglądów, o co przez lata było trudno. Prawo do wolności zgromadzeń to jedna ze zdobyczy z lat 80. Przyznajemy sobie moralne prawo do jego obrony.

Nieposłuszeństwo obywatelskie to dla nas w końcu żadna terra incognita.

Autor: Romana Aziewicz – prezes Stowarzyszenia Eureka.
Tekst ukazał się w biuletynie Coroczniak pozarządowy 2016/2017

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

+48 667 171 780, +48 534 333 816
eureka.org@poczta.fm
Gdańska 55
84-240 Reda